Jak uległam iluzji, że kontroluję ten związek.
Wiem, że czytając moje posty, część z Was pomyśli: „No ale przecież to nic złego, każdy ma prawo przez jakiś czas nie pisać albo poczuć się źle, położyć się i nie odzywać. Byliście przecież wtedy parą, ale nie mieszkaliście ze sobą, więc czasem można chcieć odpocząć od siebie”.
Tak, to prawda. I właśnie takie racjonalne, „dojrzałe” myślenie doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Bagatelizowanie, normalizowanie i wieczne tłumaczenie zachowań drugiej osoby spowodowało, że stawałam się coraz mniej czujna. Bo uwierzcie mi – to wszystko miało swoje potworne konsekwencje później. Jesteście dopiero na samym początku mojej historii.Będą też tacy, co pomyślą: „Ja gdybym to zauważyła i gdyby mnie to drażniło, to bym odeszła i dała sobie spokój”. To prawda. Też
kiedyś tak naiwnie myślałam. Na tamtym jeszcze etapie mówiłam sobie: nie podobają mi się pewne rzeczy, mam z tym problem, zastanawiam się, czy to w ogóle ciągnąć.
Jednak miałam już 47 lat, byłam po rozwodzie, od 4 lat sama. Za mną były dwa lata bezowocnych poszukiwań na Sympatii. To nie była kwestia desperacji – byłam po prostu kobietą,
która rozumiała, że dorosły człowiek ma prawo chcieć pobyć sam. Uważałam też, że przecież może nie być do końca przekonany, co czuje, że nie można nikogo skreślać za jeden
błąd. Tłumaczyłam sobie rownież, że ktoś może być po przejściach i mieć trudność z otworzeniem się.
Nie byłam wtedy świadoma, kim on tak naprawdę jest. Nie miałam pojęcia, jak mało prawdy o nim znam i że wcale nie jest od sześciu miesięcy sam – tylko od zaledwie dwóch tygodni. Gdybym w tamtym czasie znała choć połowę prawdy, to może wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie wiem.
Na tym etapie, który Wam opisuję, wydawało mi się (a może to mój mózg rozpaczliwie próbował mnie oszukać), że nie jestem jeszcze uzależniona. Byłam pewna, że w każdej chwili mogę spakować się i odejść bez szwanku, jeśli cokolwiek znowu mi nie wejdzie. Nie uznawałam 2–3 dni przerwy w kontakcie za flagę alarmową. Nie widziałam zagrożenia w jego nagłym chłodzie i zamykaniu się w sobie. Nie widziałam go, bo nie miałam pojęcia, że te niewinne 3 dni milczenia z czasem urosną do tygodnia, a potem do trzech tygodni bezwzględnej kary. Nie wiedziałam, że ta nagła obojętność stanie się moją codziennością. Wtedy to były tylko rzadkie epizody – później stały się regularnością.
Czas grał tu olbrzymią rolę. Mój mózg, moje serce i całe ciało z każdym miesiącem zaczęły reagować na te toksyczne dawki coraz dotkliwiej. Najpierw pojawiło się zakochanie, a tuż za nim – brutalne, chemiczne uzależnienie od człowieka, który powoli przejmował kontrolę nad moim życiem.
Puenta: Dlaczego nie odeszłam?
Z perspektywy czasu widzę, że narcyz nie niszczy relacji siekierą od pierwszego dnia. On podaje truciznę w naparstku, kropelka po kropelce. Sprawdza, ile jesteś w stanie przełknąć. Kłamstwo na parkingu? Przemilczałam. Tłumaczenie z profilem randkowym zaakceptowałam. Tekst, że przynoszę pecha z powodu zepsutej taśmy LED? Przełknęłam, popłakałam i rano udawałam, że jest miło.
To były małe incydenty rozłożone w czasie, które przemykały bez spostrzeżenia.
Mój mózg powoli oswajał się z nienormalnością. Zaczęłam redefiniować swoje granice, przesuwając je tak daleko, aż w końcu całkowicie straciłam z oczu samą siebie. Stałam się zakładniczką „wspaniałych dni”, dla których byłam gotowa znosić tygodnie lodowatego milczenia.
To, co wtedy uważałam za swoją „dojrzałość”, „wyrozumiałość” i „brak desperacji”, było w rzeczywistości powolnym demontażem mojej własnej godności. Jeśli ciekawi Was, jak to możliwe, że silna, niezależna kobieta pozwala uwięzić się w cyklu bliskości i odrzucenia na kolejne trzy lata – czytajcie dalej. Pokażę Wam każdy kolejny krok tej emocjonalnej huśtawki. Bo najgorsze miało dopiero nadejść.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz